<?xml version="1.0" encoding="UTF-8"?>
<rss version="2.0"
	xmlns:content="http://purl.org/rss/1.0/modules/content/"
	xmlns:wfw="http://wellformedweb.org/CommentAPI/"
	xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/"
	xmlns:atom="http://www.w3.org/2005/Atom"
	xmlns:sy="http://purl.org/rss/1.0/modules/syndication/"
	xmlns:slash="http://purl.org/rss/1.0/modules/slash/"
	>

<channel>
	<title>Własna Legenda - opowiadania, historie, legendy &#187; Opowiadania</title>
	<atom:link href="http://www.wlasnalegenda.pl/category/opowiadania/feed/" rel="self" type="application/rss+xml" />
	<link>http://www.wlasnalegenda.pl</link>
	<description>Legendy, opowiadania, historie</description>
	<lastBuildDate>Fri, 16 Sep 2011 08:17:39 +0000</lastBuildDate>
	<language>en</language>
	<sy:updatePeriod>hourly</sy:updatePeriod>
	<sy:updateFrequency>1</sy:updateFrequency>
	<generator>http://wordpress.org/?v=3.3.1</generator>
		<item>
		<title></title>
		<link>http://www.wlasnalegenda.pl/573/573/</link>
		<comments>http://www.wlasnalegenda.pl/573/573/#comments</comments>
		<pubDate>Sat, 27 Feb 2010 13:16:16 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Pałkoo</dc:creator>
				<category><![CDATA[Opowiadania]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.wlasnalegenda.pl/?p=573</guid>
		<description><![CDATA[Niedawno znajoma ginekolog w moim mieście opowiedziała mi, że przyszła do nie 14-letnia gimnazjalistka w ciąży. A dialog mniej więcej wyglądał tak: - Co teraz mam z tym zrobić? - Z czym, moja droga? - Niech Pani z tym coś zrobi!!!! - Muszę porozmawiać z Twoją mamą. Gdzie ona? - W domu. Kazała mi tu [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>Niedawno znajoma ginekolog w moim mieście opowiedziała mi, że przyszła do nie 14-letnia gimnazjalistka w ciąży. A dialog mniej więcej wyglądał tak:<br />
- Co teraz mam z tym zrobić?<br />
- Z czym, moja droga?<br />
- Niech Pani z tym coś zrobi!!!!<br />
- Muszę porozmawiać z Twoją mamą. Gdzie ona?<br />
- W domu. Kazała mi tu przyjść i zrobić z tym porządek!<br />
- W taki razie powiedz mi, gdzie ojciec dziecka? Skąd ta wczesna ciąża? Postaram Ci się pomóc.<br />
- Brzuch mam ze słoneczka!<br />
- Nie rozumiem. Ale domyślam się, że spotkałaś się ze swoim chłopakiem w restauracji „Słoneczna”?<br />
- Nie! To wszystko przez słoneczko.<br />
- ???<br />
- To taka zabawa gimnazjalistów.<br />
- Możesz mi ją wytłumaczyć?<br />
- Najpierw pijemy po 2 puszki piwa. Potem dziewczyny kładą się na podłodze głowami do siebie, tworząc słoneczko. Chłopcy kolejno odbywają stosunek z każdą z nich. Kto pierwszy się zmęczy, ten odpada. Fajne! Tylko teraz ten brzuch!</p>
<img src="http://www.wlasnalegenda.pl/?ak_action=api_record_view&id=573&type=feed" alt="" />]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.wlasnalegenda.pl/573/573/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>1</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Festung Warschau 1944</title>
		<link>http://www.wlasnalegenda.pl/347/festung-warschau-1944/</link>
		<comments>http://www.wlasnalegenda.pl/347/festung-warschau-1944/#comments</comments>
		<pubDate>Sun, 08 Mar 2009 21:28:27 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Ulo</dc:creator>
				<category><![CDATA[Opowiadania]]></category>
		<category><![CDATA[warszawa]]></category>
		<category><![CDATA[więzienie]]></category>
		<category><![CDATA[wojna]]></category>
		<category><![CDATA[wojsko]]></category>
		<category><![CDATA[żołnierz]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.wlasnalegenda.pl/?p=347</guid>
		<description><![CDATA[autorem artykułu jest Aleksander Sowa Samotność, z porażeniem nadmiarem pamięci, jest chorobą wiodącą w koszmary przeszłości. To najgorszy rodzaj i odcień samotności, bo oznacza samotność wśród ludzi. A to droga przez życie żelazna. Powycinana żelaznymi kłami. Wiodąca nad skrajem urwiska, która nie pozwala nadać sensu naszemu życiu. W jedna stronę, tylko w ciemność. My, ludzie [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><small>autorem artykułu jest Aleksander Sowa</small><br />
<BR><BR><br />
Samotność, z porażeniem  nadmiarem pamięci, jest chorobą wiodącą w koszmary przeszłości. To najgorszy rodzaj i odcień samotności, bo oznacza samotność wśród ludzi.  A to droga przez życie żelazna. Powycinana żelaznymi kłami.  Wiodąca  nad skrajem urwiska, która nie pozwala nadać sensu naszemu życiu. W jedna stronę, tylko w ciemność.  My, ludzie nie jesteśmy bowiem samotna, żywą  ludzką wyspą pośród oceanu martwych dusz. Ale każdy z nas chce żyć. Snuj swoje wspomnienia tak, jakbyś miał żyć wiecznie; żyj tak, jakbyś miał umrzeć dziś.  Miałem wtedy dwadzieścia lat, dziś jestem już stary, ale gdy wspomnę te dni, powiem – ocalałem.  Zdawaliśmy sobie sprawę,  że wreszcie nazbiera się w mieście tyle chmur, że burza wybuchnie.  W lipcu, kiedy było już wiadomo, że to kwestia kilkunastu najbliższych dni, wszystko w mieście wrzało niczym w wielkim kotle. Niemal co noc, RAF na niebie nad Puszczą Kampinoską zrzucał spadochroniarzy Samodzielnej Brygady Spadochronowej.  Byłem jednym z nich. Naszym zadaniem było przygotować  dowódców powstania do jego przeprowadzania, a także zorganizowanie zaplecza dla desantu około 2 tyś spadochroniarzy wraz z materiałami wybuchowymi, bronią przeciwpancerną, bronią i amunicją.<br />
<span id="more-347"></span><br />
<BR><br />
<BR><br />
<b>Prolog.</b>  Do 26 lipca nad Kampinosem, zrzucono ok. 500 żołnierzy. Ponad 400 z nich przeniknęło do Warszawy w ciągu kilku nastopnych dni i objęło dowodzenie w różnych oddziałach okręgu warszawskiego AK.  Pozostałych 50 wsparło oddziały Obroży i Grupę Kampinos przygotowując natarcia na lotniska. Kolejnych 50 przedostało się na Pragę, celem opanowania mostów.  Wszyscy wiedzieliśmy, że za chwilę rozpoczniemy zbrojnie otwarte wystąpienie w Warszawie przeciwko Niemcom, w porozumieniu z Londynem i Armią Czerwoną.  W czwartek wieczorem  31 sierpnia oddziały 1 Armii WP i 8 Armii Gwardii pojawiły się na wschodnich przedmieściach Warszawy. Pod naciskiem tym sił, Niemcy wycofali się w zabudowę  Targówka, Plercowizny, Pragi,  Grochowa, Gocławia i Saskiej Kępy.  Czerwonoarmiści skoncentrowali siły 2 Armii Pancernej na północ i na południe od stolicy w okolicach Wyszkowa i Otwocka.  Niemiecki korpus pancerny skrył się w zabudowaniach Pragi czekając na uderzenie radzieckich czołgów. Tymczasem następnego dnia, 1 sierpnia o 17.00 zapadła ostateczna decyzja. Zaczynamy!  4 września o 15.00 wyznaczono na godzinę „W”. Miasto nagle ucichło, zamarło jakby ogarnęła wszystkich nienaturalna senność, albo kontrastujący z nią, niczym nie uzasadniony pośpiech.  Na pełną mobilizację i uzbrojenie Antoni Chruściel „Monter” miał 70 godzin.  <BR><br />
<BR><br />
<b>Dzień pierwszy. </b>Rankiem, w piątek 4 września  zmobilizowano ponad 98% sił powstańczych liczących ogółem 48 500 uzbrojonych powstańców + 450 żołnierzy desantu. Zdecydowana większość powstańców uzbrojona była w pistolety maszynowe Sten oraz Błyskawica i granaty ręczne. Ja miałem Stena.  Obroża i Grupa Kampinos zgromadziła kolejne 10 000 partyzantów.   Około południa nastąpiło jednoczesne uderzenie wszystkich sił w mieście i na jego peryferiach  11 tysięcy Niemców zostało całkowicie zaskoczonych. Zupełnie nie spodziewali się takiego rozwoju wypadków, choć donoszono im od kilku dni o przygotowaniach do wszczęcia walki o miasto.  W ciągu kilku następnych godzin dało się nam zdobyć najważniejsze punkty miasta. A więc – Lotnisko Bielany, Dworzec Główny, przyczółki wszystkich czterech mostów po prawej stronie Wisły i przyczółki na mostach Kierbedzia i Poniatowskiegio. Niestety nie udało się opanować żadnej z dzielnic po prawej stronie Wisły i w tej sytuacji większość ludności cywilnej z tych dzielnic ewakuowała się na drugą stronę Wisły. Pod koniec dnia w całym mieście toczyły się ciężkie walki, w tym najkrwawsze na Pradze oraz w rejonie Mokotowa i lotniska Okęcie.  Tam czołgi 39 Korpusu Pancernego i Dywizja Pancerna Herman Goering ciągle kontrolowały ten rejon miasta.  O godzinie 21.30 zdecydowano o przegrupowaniu sił powstańczych. Okazało się, że prawie udało się niemal całkowicie wyprzeć Niemców z Żoliborza, Woli, Ochoty, Starego Miasta i Śródmieścia, ale często żywym ogniem. Miasto w wielu miejscach, Warszawa krwawiła z daleka ogniem pożogi.  Ma szczęście zaskoczone oddziały niemieckie wycofały się poza miasto albo zgromadziły się w okolicach Pragi. Około godziny dziesiątej wieczorem nad Warszawą pojawiły pierwsze ciemne  sylwetki szybkich samolotów 1 Pułku Lotnictwa Myśliwskiego Warszawa.  Około północy z czterosilnikowych Liberatorów, Halifaksów rozpoczął się desant spadochroniarzy Samodzielnej Brygady Spadochronowej gen. Sosabowskiego w rejonie Kampinosu. Krótko po nim nastąpił zrzut RAF’u i Floty Powietrznej US AF z zaopatrzeniem, bronią i amunicją  w rejonie lotniska Bielany. Zrzut z samolotów chronionych radzieckimi jednostkami myśliwskimi.  Przed świtem jednostki pancerne Frontu Białoruskiego natarły Niemców wzdłuż brzegów Wisły miażdżąc ich nie przygotowaną do odparcia bocznego ataku linię obrony. Rosjanom udało się również sforsować Wisłę poniżej Warszawy.<br />
<BR><br />
<BR><br />
<b>Dzień drugi.</b> W ostatnich godzinach tej gorącej nocy, przed sobotnim świtem  5 sierpnia powstańcy VI obwodu Praga wycofali przez mosty się do Śródmieścia  i Żoliborza oddając prawobrzeżne przyczółki.  Następnego dnia von dem Bach skoncentrował swoje ataki na próbie przebicia się z Pragi na zachodni brzeg oraz próbie wyjścia z okrążenia w rejon Rembertowa i Sulejówka. Tam cześć Dywizji pancernej  Wiking została  wieczorem całkowicie rozbita siłami 1 Dywizji Piechoty 47 Armii WP wspierane czołgami i artylerią.  W okolicach Woli i Ochoty Niemcy uderzyli próbując przebić się do Wisły, co im się rzeczywiście udało. Niemal jednak 200 czołgów Dywizji pancernych Totenkopf, Hermann Göring oraz Wiking po zmasowanym ataku wspieranym samolotami 3 Pułku Lotnictwa Szturmowego Ił-2 w warunkach walki w ciasnej zabudowie spaliliśmy. Następnych 80 natychmiast się wycofało na przedpola Warszawy,  a pozostałe 20 zostało przez nas zdobyte. <BR><br />
<BR><br />
<b>Dzień trzeci.</b> Sobotnia noc była jak gwiazdka. Powracające z sowieckich lądowisk do Wielkiej Brytanii oraz Włoch, angielskie i amerykańskie eskadry lotnicze dokonały ponownie zrzuciło kilka tysięcy zasobników z zaopatrzeniem i amunicją, po czym wróciły do baz.  O 4.30 Pragę zbombardowały lekkie ruskie samoloty bombardujące Po-2 niszcząc kilkadziesiąt niemieckich czołgów.  Rankiem, rogatki Warszawy zamknęliśmy  potężnymi, potrójnymi barykadami na przecznicach ulic.  Rozpaczliwe uderzenie kolumn pancernych przez mosty na Wiśle w kierunku zachodnim  skończyło się zakazującym wysadzeniem jednego przęsła przez powstańców wraz z nacierającymi kilkunastoma czołgami. Drugie natarcie z zachodu nie zdołało przebić się przez ufortyfikowane barykadami miasto.  Jednocześnie rejon Pragi został pokryty systematycznym ogniem artyleryjskim trwającym nieustannie do wieczora.  Przed zachodem słońca 9156 Niemców poddało na przedmieściach Pragi żołnierzom Armii Radzieckiej. <BR><br />
<BR><br />
<b>Dzień czwarty.</b> Niemcy  wycofali się z okolic Warszawy. W mieście toczyły się wciąż jeszcze walki o pojedyncze i nie związane ze sobą punkty niemieckiego oporu ale szybko systematycznie dogasały  Nocą Luftwaffe dokonało nieudanej próby nalotu miasto kilkudziesięcioma bombowcami nurkującymi Ju-87, z których 25 zostało natychmiast zestrzelonych przez operujące nad miastem samoloty Jak- 1 Pułku Lotnictwa Myśliwskiego Warszawa i artylerię przeciwlotniczą z Pragi. Tego dnia zrozumiałem, że gdy umrę, wcale nie skończy się świat. Dziś wiem, że nie do końca tak jest. <BR><br />
<BR><br />
<b>Dzień piąty.</b>  Wojska Frontu Białoruskiego wyparły niemieckie jednostki za linię Grójec-Proszków-Sochaczew-Wyszogród. Tereny wokół zachodnich granic miasta kontrolowały jednostki partyzanckie. Ostatni stawiający opór Niemieccy żołnierze w mieście poddali się w ręce powstańcze. Zbuntowane miasto było w całości w naszych rękach. Warszawa. Zbudowany naród. Polacy, po pięciu latach był wolny.  Pamiętam jak płakaliśmy ze szczęścia i jak nasze zły mieszały się z rozpaczą utraty kogoś ważnego w życiu, kogo nie udało się wystarczająco pokochać. <BR><br />
<BR><br />
<b>Dzień szósty. </b> We wtorek wszyscy tylko czekali.  Dogaszano tlące się jeszcze pożary. Na ulicach rozbrzmiewał Mazurek Dąbrowskiego  i powiewały biało czerwone flagi. W kościołach odprawiano msze i brano powstańcze śluby. Na cmentarzach chowano poległych. Wszyscy czekali na coś, co miało właśnie nadejść. Wieczorem spadł ciepły deszcz i oczyścił powietrze. Tańczyliśmy na ulicach skażając w kałużach. Zmęczone upałem ulice spłynąły potokiem wody pomieszanej z kurzem, zmywającej z bruku reszki naszej i ich krwi. <BR><br />
<BR><br />
<b>Dzień siódmy.</b> Parująca po wczorajszym deszczu ziemia znów zadudniła, taka samo jak przy niemieckim natarciu, ale tym razem do Warszawy zaczęły  rankiem wjeżdżać pierwsze radzieckie i polskie jednostki.  Uroczyście powitał ich Naczelny Wódz Bór-Komorowski słowami: <BR><br />
<BR><br />
<i>- Witam, w imieniu Rządu Rzeczypospolitej Polskiej.</i><BR><br />
<BR><br />
 Wieczorem  w Berlinie Adolf Hitler, w betonowym bunkrze kilkadziesiąt metrów pod zmienią, głaszcząc czule swoją Blondi smutno zapytał swojego SS-Reichsführer’a Heinrich’a Himmler’a:<BR><br />
<BR><br />
<i>- Ist Warschau das Festung?<BR><br />
<BR><br />
- Ja mein Führer, das ist Festung Warschau.</i><BR><br />
<BR><br />
A potem nagle się budzę. Jestem w ubeckim wiezieniu i zdycham. Czemu? – byś ty mógł teraz żyć. Tylko dlatego, że mym sercu w tamtych dniach trzepotały skrzydła białego orła. Orła w koronie. Bo chcieliśmy być wolni i wolność zawdzięczać sobie. Ocalałem. Ale ten sen, ten koszmar prześladując mnie przez całe życie.<br />
<BR><BR></p>
<p><span style="color: #85807E"><br />
&#8211; <BR><br />
   Aleksander Sowa<BR><br />
&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;-<BR><br />
<a target="_blank" href="http://www.wydawca.net">www.wydawca.net</a><BR><BR><br />
Artykuł pochodzi z serwisu <a href="http://artelis.pl/art-8631,23,128,Tworczosc,Festung_Warschau_1944.html">www.Artelis.pl</a><br />
</span></p>
<img src="http://www.wlasnalegenda.pl/?ak_action=api_record_view&id=347&type=feed" alt="" />]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.wlasnalegenda.pl/347/festung-warschau-1944/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Umrzeć w deszczu (pierwszy rozdział tej powieści)</title>
		<link>http://www.wlasnalegenda.pl/214/umrzec-w-deszczu-pierwszy-rozdzial-tej-powiesci/</link>
		<comments>http://www.wlasnalegenda.pl/214/umrzec-w-deszczu-pierwszy-rozdzial-tej-powiesci/#comments</comments>
		<pubDate>Fri, 06 Feb 2009 09:29:16 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Ulo</dc:creator>
				<category><![CDATA[Opowiadania]]></category>
		<category><![CDATA[dramat]]></category>
		<category><![CDATA[śmierć]]></category>
		<category><![CDATA[upadek]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.wlasnalegenda.pl/?p=214</guid>
		<description><![CDATA[autorem artykułu jest Aleksander Sowa Amsterdam Biały proszek powoli i niechętnie rozpuszczał się pomiędzy kostkami lodu w polskiej wódce. Szklanka była zupełnie zimna i Artur czuł jej chłód na swojej dłoni. W tej jednak chwili nie miało to dla niego najmniejszego znaczenia. Podobnie jak wszystko, jak cała reszta. Siedział spokojnie w bezruchu, w obszernym fotelu, [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><small>autorem artykułu jest Aleksander Sowa</small><BR><br />
<b>Amsterdam</b></p>
<p>Biały proszek powoli i niechętnie rozpuszczał się pomiędzy kostkami lodu w polskiej wódce. Szklanka była zupełnie zimna i Artur czuł jej chłód na swojej dłoni. W tej jednak chwili nie miało to dla niego najmniejszego znaczenia. Podobnie jak wszystko, jak cała reszta.<BR><br />
Siedział spokojnie w bezruchu, w obszernym fotelu, obitym piękną, czarną, lśniącą skórą, w swoim mieszkaniu. Był mężczyzną w wieku około lat czterdziestu, z tych, którzy wraz z wiekiem nie tracą na atrakcyjności, ale stają się jeszcze bardziej interesujący. Miał na sobie ciemne ubranie, którego koloru stojąca w drzwiach dziewczyna mogła się w panującym mroku tylko domyślać. Koszula z cienkiego materiału świetnie komponowała się z całą resztą i patrząc na niego pomyślała, że brak krawatu nadaje jego postaci pociągającej swobody. Czuła subtelny zapach wody kolońskiej, który przyjemnie łechtał jej nozdrza, i mogłaby pomyśleć: on wygląda jak milion dolarów w gotówce. Ale do całości sylwetki nie pasowały przydługie włosy i kilkudniowy, gęsty zarost oraz brak butów i skarpetek.<BR><br />
<span id="more-214"></span><br />
Gdyby w tym pokoju było więcej światła, pewnie dostrzegłaby na jego ciemnych włosach pierwsze ślady tego, że młodość powoli staje się dla niego wspomnieniem. W przydługawych i zaniedbanych kosmykach pojawiały się lśniące świeżą siwizną włosy.<BR><br />
<BR><br />
Wnętrze mieszkania na poddaszu sześciopiętrowej kamienicy, w którym się znajdowali, pogrążone było w głębokim półmroku i jeszcze głębszym bałaganie, którego widoczny bezmiar ograniczał chyba jedynie brak światła. Wokół na podłodze leżały puste butelki po wódce i heinekenach, ubrania, porozrzucane zdjęcia, których szczegółów nie widziała.<BR><br />
<BR><br />
Artur siedząc w fotelu wpatrywał się w ścianę mroku i ulewnego deszczu za oknem, które mimo nocy dawało nieco światła z łuny pogrążonego we wrześniowej nocy miasta. Deszcz jednostajnie wygrywał swoją nutę kroplami wody rozbijanymi o dachówki.<BR><br />
<BR><br />
Amsterdam mimo późnej nocy nadal żył. Światła aut, dźwięki policyjnych syren – odgłosy miasta – odbijały się od gęsto padających kropel deszczu i uderzającego w szyby zimnego wiatru; wypełniały wnętrze poddasza.<BR><br />
<BR><br />
Jaką taką jasność nadawało temu lokum jedynie światło ogromnego, ponad trzystulitrowego akwarium, rzucające blask na stojący nieco bardziej pogrążony w ciemności drugi fotel. Dziewczyna po chwili wahania weszła i miękko zamknęła drzwi. Spojrzał w jej stronę. Jego oczy miały szary, beznamiętny wyraz. Nie płakał, lecz mimo tego jego twarz wyrażała ogromny smutek.<BR><br />
<BR><br />
Po chwili usiadła w drugim fotelu i sięgnęła po dyktafon. Włączyła go. Nie zadawała pytań. Nie odzywała się, czasem tylko przygryzała swoje piękne, pełne usta. Pozwoliła mu, aby scenariusz toczył się według niego.<BR><br />
<BR><br />
Artur cicho, niemal szeptem, mówił, lecz nie do dziewczyny. Był to przedziwny monolog, którego sens jest w stanie pojąć ten, którego szaleństwo doprowadza do miejsca, kiedy następny krok jest już ostatnim.<BR><br />
<BR><br />
Mężczyzna mówił do okna, gdzie utkwione było jego smutne spojrzenie. Kiedy przerywał, w pokoju słychać było tylko szum wody w akwarium i złowieszczy odgłos każdego łyka płynu przepływającego przez gardło mężczyzny. Kiedy odejmował szklankę od ust, jego słowa subtelnie zmieniały intonację. Mówił coraz ciszej i coraz wolniej. Zdania zdawały się przedzierać przez gardło jak rozbitkowie z morskich odmętów w czasie jakiegoś tragicznego rejsu. Wydawało jej się, że za kilka, może kilkanaście minut przestanie mówić zupełnie, by pogrążyć poddasze w całkowitej ciszy.<BR><br />
<BR><br />
Musiało być w jego słowach coś dramatycznego, skoro dyktafon ustawiony na stoliku dawno skończył nagrywanie, a dziewczyna nadal była wsłuchana w przejmującą pieśń, zupełnie tego nie zauważając. Nie zauważyła też ogromnej łzy, która spłynęła po policzku i teraz drżała na jej namiętnych ustach.<BR><br />
<BR><br />
Mężczyzna mówił bardzo dobrze po angielsku, wręcz doskonale, jednak młoda dziennikarka wyczuwała dziwny, niepokojąco słowiański akcent. Tak jakby w każdym wypowiadanym zdaniu czuła tę chwilę, kiedy kończy się cisza przed wielka ulewą. Czasem wyraźnie słyszała niezrozumiałe, obco brzmiące słowa, które pochodziły zapewne z któregoś słowiańskiego języka. Tyle że nie wiedziała z jakiego i mogła się tylko domyślać. Może z polskiego albo z czeskiego? Wypowiadał niezrozumiałe słowa, a niekiedy i całe zdania w tym szeleszczącym języku. Czasem były to imiona, a czasem… na razie rozumiała tyle, że patrzy na historię człowieka. Widziała, że Artur jest na krawędzi i ona jest świadkiem jego upadku i śmierci.<BR><br />
<BR><br />
Słuchała zmęczonego mężczyzny z kilkudniowym zarostem na twarzy i nie potrafiła powstrzymać łez, choć przecież widziała niejedno – była dziennikarką i ludzkie tragedie to przecież jej chleb powszedni. Im gorsza wiadomość – tak naprawdę – tym lepsza. Patrzyła jednak teraz na Artura, spod szkieł oprawionych w srebrne oprawki, młodymi, przepięknie dziewczęcymi oczyma. Oczyma, które nie potrafiły w to wszystko uwierzyć… Słuchała, słuchała, a elektryzujący szept odkrywał przed nią nowe światy. Myślała.<BR><br />
<BR><br />
Kiedy do niej dziś zadzwonił, w słuchawce usłyszała głęboki, aksamitny, męski głos:<BR><br />
– Chciałaby pani mieć naprawdę niecodzienny materiał?<BR><br />
Po jej plecach od dołu, wzdłuż kręgosłupa, przebiegł dreszcz, taki jaki czuła zawsze, kiedy poruszył ją jakiś piękny utwór muzyczny.<BR><br />
– A jakiś szczegół na temat tego, co ma mi pan do powiedzenia? – zapytała odważnie, ale i delikatnie, tak aby go nie spłoszyć, z lekką nutą humoru w głosie.<BR><br />
– Możesz przeprowadzić wywiad ze mną… ostatni wywiad. I możesz być ze mną w chwili, kiedy będę umierał.<BR><br />
– Jest pan chory na jakąś nieuleczalną chorobę? – w końcu wielu ludzi codziennie umiera, nie jest to znów jakiś rewelacyjny materiał, pomyślała.<BR><br />
– Nie pytaj teraz, albo chcesz widzieć moje samobójstwo, albo dzwonię do innej siksy, która będzie zadowolona – w tonie odpowiedzi wyczuła irytację.<BR><br />
– Dobrze, proszę powiedzieć, kiedy i gdzie się spotkamy – szybko się zgodziła.<BR><br />
– Przyjedź sama, do mnie do domu, mieszam przy Loletzplein 64, na ostatnim piętrze. Nie bój się – nie ciebie chcę zabić… bądź wieczorem.<BR><br />
Jej wesołkowatość w jednej chwili ustąpiła.<BR><br />
– Nazywam się Artur Sadovsky… – rozłączył się.<BR><br />
Dziennikarka siedziała przy biurku. Trzymała w ręku słuchawkę. Nie ma co, taki telefon nie zdarza się codziennie.<BR><br />
– Simon, jak nazywa się ten fotograf od Jugosławii? – krzyknęła do kolegi po drugiej stronie sali redakcji.<BR><br />
– Jaki fotograf?<BR><br />
– Ten od World Press Photo, ty chyba kiedyś robiłeś z nim wywiad.<BR><br />
Chłopak zamyślił się chwilę i odparł z wahaniem:<BR><br />
– Ten Polak, czy tam… Czech?… tak… Sadovsky, Artur Sadowski – po czym wrócił do dopijania swojej popołudniowej kawy, a dziewczyna usiadła na krześle. Teraz zrozumiała, że musi tam iść za wszelką cenę. Nie wiedziała wprawdzie, czy nie jest to przypadkiem głupi żart, czy może facet ześwirował i czy jeśli tam pójdzie, wróci z tamtego mieszkania cała. Ale jeśli wróci… będzie mieć z pewnością materiał, którego nie miała jeszcze nigdy, jeszcze od skończenia dziennikarstwa.<BR><br />
<BR><br />
Wskazówka wielkiego zegara przesunęła się i wskazywała właśnie pierwszą. Czas mijał<BR><br />
<BR><br />
był to pierwszy roździał powieści pt.: <a href="http://www.wydawca.net/umrzec-w-deszczu.htm" target="_blank"><b>Umrzeć w deszczu </a></b><br />
<BR><br />
<span style="color: #85807E"><br />
&#8211; <BR><br />
   Aleksander Sowa<BR><br />
&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;-<BR><br />
<a target="_blank" href="http://www.wydawca.net">www.wydawca.net</a><BR><BR><br />
Artykuł pochodzi z serwisu <a href="http://artelis.pl/art-5601,23,128,Tworczosc,Umrzec_w_deszczu__pierwszy_rozdzial_tej_powiesci_.html">www.Artelis.pl</a><br />
</span></p>
<img src="http://www.wlasnalegenda.pl/?ak_action=api_record_view&id=214&type=feed" alt="" />]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.wlasnalegenda.pl/214/umrzec-w-deszczu-pierwszy-rozdzial-tej-powiesci/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>1</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Jeszcze jeden dzień w raju (pierwszy rozdział niezwykłej powieści)</title>
		<link>http://www.wlasnalegenda.pl/211/jeszcze-jeden-dzien-w-raju-pierwszy-rozdzial-niezwyklej-powiesci/</link>
		<comments>http://www.wlasnalegenda.pl/211/jeszcze-jeden-dzien-w-raju-pierwszy-rozdzial-niezwyklej-powiesci/#comments</comments>
		<pubDate>Thu, 05 Feb 2009 22:20:57 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Ulo</dc:creator>
				<category><![CDATA[Opowiadania]]></category>
		<category><![CDATA[dramat]]></category>
		<category><![CDATA[śmierć]]></category>
		<category><![CDATA[stacja kolejowa]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.wlasnalegenda.pl/?p=211</guid>
		<description><![CDATA[autorem artykułu jest Aleksander Sowa Wszystkie dworce PKP w całej Polsce są, tak naprawdę, bardzo podobne do siebie. Budynki z czerwonej cegły, betonowe perony z białym liniami, żelazo torów i kabli; zimą gawrony, szprycerzy i bezdomni – standardowy krajobraz dworca Polskich Kolei Państwowych. Zapewne też dworce poza Polską wyglądają bardzo podobnie, choć stojąca na peronie [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><small>autorem artykułu jest Aleksander Sowa</small></p>
<p>Wszystkie dworce PKP w całej Polsce są, tak naprawdę, bardzo podobne do siebie. Budynki z czerwonej cegły, betonowe perony z białym liniami, żelazo torów i kabli; zimą gawrony, szprycerzy i bezdomni – standardowy krajobraz dworca Polskich Kolei Państwowych. Zapewne też dworce poza Polską wyglądają bardzo podobnie, choć stojąca na peronie dziewczyna tak naprawdę nigdy się nad tym nie zastanawiała. Ona myślała o zupełnie czymś innym, odległym, niemal jak oceaniczne antypody. Z tej kontemplacji wyrwały ją nagle słowa docierające do pogrążonego w zamyśleniu umysłu: <BR><br />
— Stacja Opole Główne, stacja Opole Główne&#8230;<BR><br />
<BR><span id="more-211"></span><br />
Głos kolejowego zapowiadacza wyraźnie sygnalizował podróżnym, punkt w ich podróży, który właśnie osiągnęli. Jej sygnalizował, że za kilka chwil ogromna, kilkusettonowa maszyna wtoczy się przed nią, po liniach stalowych szyn. Rzeczywiście po chwili długi skład zatrzymał się z przeraźliwym piskiem hamulców, jednak z wagonów wysiadło jedynie kilkunastu podróżnych: dziewczyna z plecakiem większym niż ona sama, szacowny pan około czterdziestki w czarnym płaszczu i ze skórzaną teczką, który pewnie w każdy weekend spędza wieczory w burdelu, mężczyzna, na którego czekała kobieta z małą dziewczynką. Mała, kiedy tylko go zobaczyła, puściła trzymającą ją za rękę kobietę i pobiegła wprost do niego, rzucając mu się na szyję. Dworcowa zwykła nuda.<BR><br />
<BR><br />
Dziewczyna odwróciła wzrok, spoglądając z niepokojem na wyjście z tunelu pod torami prowadzące do głównego holu dworca. Skład ruszył z szarpnięciem, odjechał w sobie znanym kierunku i po chwili już go nie było. Rzuciła nerwowe spojrzenie na kolejowy ze-gar, identyczny jak setki zegarów na wszystkich dworcach PKP w Polsce. „Jeszcze nie czas, jeszcze musi poczekać” — myślała sobie. Stała sama dokładnie na wschodnim krańcu peronu, w miejscu, z którego wszystko doskonale widziała, a jednocześnie pozostawała niewidoczna — nie licząc dworcowego kota, peronowego mistrza kamuflażu, który często gościł w tym miejscu. O ile nie był jego stałym mieszkańcem, pomyślała.<BR><br />
<BR><br />
Rudy kocur przebiegł przez tory, w miejscu gdzie przechodzą zawsze kolejarze, zatrzymał się przed wejściem na peron ― rozejrzał się i nagle utkwił wzrok w dziewczynie. Stanął teraz, jakby nagle zmrożony jakąś niepojęta siłą, i na chwile zastygł w zupełnym bezruchu niczym posążek z brązu, błyskawicznie, bezbłędnie oceniając za i przeciw. Obok filaru stała dziewczyna ubrana w ciemną bluzę z kapturem, naciągniętym na włosy, w spodniach od dresu. Patrzyła na przyglądającego się jej kota. Kot po chwili przebiegł bezszelestnie przez peron i znikł za jednym z budynków jak duch. Zapaliła papierosa i zaciągnęła się obrzydliwym smakiem nikotynowego dymu. Po chwili, kiedy wydmuchiwała właśnie z płuc pierwszą porcję dymu, usłyszała za sobą czyjś głos i aż podskoczyła ze strachu. Krztusząc się niemiłosiernie, narobiła rabanu na cały dworzec. Tutaj docierał do uszu każdy szept, wypowiedziany nawet z bardzo daleka. Wiedziała od dawna, że jest to magiczne miejsce, kiedy bywała tu jeszcze jako mała dziewczynka. <BR><br />
— Mógłbyś mnie poczęstować?<BR><br />
<BR><br />
Zobaczyła za sobą jednego z dworcowych bezdomnych, któremu najwyraźniej nie przeszkadzała dzisiejsza pogoda, aby się upić i teraz, kiedy mu przechodziło, poczuł smak na papierosa.<BR><br />
<BR><br />
— A&#8230; bardzo panienkę przepraszam&#8230; nie zauważyłem. — Bezdomny, zupełnie nie speszony tym, że wziął ją za chłopaka, przyłożył zgrubiałą, brudną dłoń do swoich popękanych ust i patrząc jej w oczy, ciągnął dalej. — Nie poczęstowałaby mnie pani papieroskiem? Skoro biegasz sobie dla zdrowia wieczorami, i tak Ci ten papierosek jest chyba niepotrzebny, a mnie przyda się o wiele bardziej — mamrotał pojednawczym tonem, mieszając formy grzecznościowe. <BR><br />
— Zjeżdżaj — warknęła mu przez zęby, odwracając wzrok. <BR><br />
— O&#8230; nie musisz być taka niegrzeczna, nic ci nie zrobiłem — oburzył się nagle.<BR><br />
<BR><br />
Poczuła, że bezdomny śmierdzi. Zalatywało od niego alkoholem, mimo że sama kilkanaście minut temu sporo wypiła, odorem brudu, męskiego potu i moczu. Zemdliło ją.<BR><br />
<BR><br />
— Spierdalaj, mówię, bo zawołam sokistów. Już cię nie ma! Nie rozumiesz? — Wrzasnęła na intruza. <BR><br />
— A, rozumiem, rozumiem. — Bezdomny powoli, z niechęcią odwrócił się od niej i machając ręką, obojętnie mruknął, ni to do siebie, ni to do niej — nie musisz być taką suką! Chciałem tylko papierosa.<BR><br />
<BR><br />
Dziewczynę rozdrażniło to jeszcze bardziej, ale nie odezwała się, gasząc papierosa butem. Nie chciała, aby ktokolwiek ją tutaj teraz zobaczył. Szczególnie nie w taki dzień jak dziś. Pamięta, że kiedy była mała, była tu kilkakrotnie z ojcem. Przychodzili patrzeć, jak ludzie wsiadają i wysiadają z pociągów. Tak jak teraz, jak dziś — tyle, że we wspomnieniach zawsze było tu lato. Pamięta też, jak ojciec odjechał pewnego razu jednym z takich pociągów i bardzo długo go potem nie było. Nic nie było też takie jak wcześniej, kiedy wreszcie wrócił. Nawet ten sam dworzec. Nigdy nie był już taki słoneczny jak wtedy, gdy przychodziła tu z nim. Ani dworzec, ani jej tatko. Spojrzała jeszcze raz na dworcowy zegar i zatrzymała swoje błękitne oczy na dużej wskazówce, a ta po chwili przesunęła się nie-zgrabnie po tarczy, zbliżając się do godziny dwunastej. Poczuła zimny, nieprzyjemny dreszcz na plecach. Wieczór był chłodny. Nie padał deszcz, a mimo to powietrze ciężkie od wody przypominało jej tchnienie wodospadu. Przemarzła po kilkudziesięciu minutach w sportowym stroju do biegania i jej ciało ogarnęło przenikliwe zimno. Mgła powoli i stopniowo gęstniała, rozmywając kontury rzeczy bliższych i wymazując, jak gumka do ołówka, jednocześnie te dalsze, czyniąc je nieistotnymi dla źrenic. Przyćmione światło lamp rzucało na dworzec parasole upiornego, jasnego blasku.<BR><br />
<BR><br />
Wtem usłyszała na pustym dworcu odgłosy kroków dochodzące do jej uszu od strony wejścia. Naciągnęła kaptur jeszcze mocniej na głowę, skryła się za filarem w mglistym powietrzu tak, by niezauważona mogła widzieć, kto się zbliża. Gdyby ktoś ją obserwował, tak jak bezdomny, który prosił ją o papieroska, albo rudy kot o stalowych nerwach, pomyślałby zapewne, że dziewczyna na peronie wyraźnie na kogoś czeka. I tak było w istocie. Kot dodatkowo wiedziałby jeszcze, że również się przed przybyszem kryje.<BR><br />
<BR><br />
Mrugająca i rzężąca ostatkiem sił świetlówka, co chwilę na kilkadziesiąt sekund skrywała ją doskonale w nieprzeniknionym mroku dworcowego zaułka. Czyjeś stopy w damskich butach cichutko zastukały w posadzkę. Dziewczyna, która weszła w kilka chwil później na dworzec, powoli zbliżyła się do krawędzi peronu i stanęła dokładnie naprzeciw dworcowego zegara. Po uważnej lustracji nowego miejsca uznała, że jest całkowicie sama. Popełniła błąd. <BR><br />
Dla Beatki jednak ta dziewczyna była bez znaczenia. Nie liczyła się, nie liczyła się jej tożsamość, choć w istocie bardzo powinna. Ona czekała na Bruna. Mimo pojawienia się nieznajomej, wszystko szło zgodnie z jej planem, jak sądziła. Teraz miała wrażenie, że zastawiona przez nią pajęcza sieć powoli się napręża, bo za chwilę się wypełni i ugnie pod ciężarem ofiary. Jednak myliła się. Z cichego szczęścia wyrwały ją w końcu kolejne kroki. Skryła się szybko za filarem i spostrzegła już tylko cień idącego mężczyzny. Jej serce zabiło o wiele szybciej i mocniej.<BR><br />
<BR><br />
Mężczyzna, który pojawił się chwilę potem na peronie, nie od razu dostrzegł czekającą tu nieznajomą. Nie był również świadomy obecności tej drugiej za filarem. A na pewno nie był tym, na kogo czekała dziewczyna ukrywająca się w odległości kilkunastu kroków. Ona nie mogła tego jednak wiedzieć. I chociaż nie widziała jego twarzy, a jedynie zarys całej sylwetki, natychmiast go poznała, a przynajmniej tak się jej zdawało. To był Bruno, bo to on miał być. Przywarła do drewnianego filara plecami, oddychając głęboko i szybko. Dziewczyna z peronu i Bruno zbliżyli się do siebie, co Beatkę zaskoczyło. Nie tego się spodziewała. Targała nią zazdrość, złość, rozczarowanie i nagle, jak zastrzyk adrenaliny ― chęć zemsty. Alkohol, który wpiła przed wyjściem z domu, potęgował wszystko to, co teraz dotarło do jej świadomości.<BR><br />
<BR><br />
Ten wieczór wydawał się jej magiczny. Pusty dworzec, mokre od mgły, gęste i ciężkie powietrze, wszystko to sprawiało wrażenie jakby było ze snu, i to ich spotkanie. Miała nadzieję, że on nie przyjdzie, że będzie tu tylko sama. Jednak przyszedł i rozmawiał z kimś, kogo właśnie spotkał. Był teraz jakiś inny, zresztą było to teraz nieważne. Ważne jest, że przyszedł. Nigdy by tutaj nie przyszedł, gdyby słowa, które jej mówił, były prawdziwe. Wiedziała teraz to doskonale, i ta myśl rozrywała jej serce, jakby wypełnione było nieustannie wybuchającym dynamitem, który zadawał nieopisany ból. Po chwili zapowiadacz z dworcowego megafonu znów oznajmiał:<BR><br />
<BR><br />
— Międzynarodowy pociąg relacji Kraków Główny–Berlin ZOO wjeżdża na tor pierwszy, przy peronie drugim. Przy wjeździe pociągu&#8230;<BR><br />
<BR><br />
Raz jeszcze spojrzała na dwoje rozmawiających ze sobą i patrzących przed siebie, odwróconych plecami do niej. Potrójne światło hamującej wprawdzie, ale nadjeżdżającej wciąż z ogromną prędkością elektrycznej lokomotywy zbliżało się z łoskotem. Kiedy do jej uszu doszedł znajomy pisk tartych o stalowe koła klocków hamulcowych, a ziemia pod jej stopami zadrżała od ciężaru, już nie kryjąc się, spojrzała na stojących na peronie. Stali tylko kilka kroków od niej. „Zdrajca i jego nowa suka” — pomyślała. Nie mogła widzieć ich twarzy, i to potęgowało jej wściekłość. Złość targała nią, jak burza. Alkohol mnożył jej wszystkie doznania, wszystko to, co teraz widziała. Przed chwilą wraz z pierwszymi krokami Bruna poczuła, że narkotyk zaczyna swoje działanie — odurzenie… zapadła się kilka kroków poniżej poziomu dworca.<BR><br />
<BR><br />
Nagle poczuła uderzenie masy powietrza, jakby ogromna, kilkudziesięciometrowej wysokości fala morskiej wody składająca się z drobin chłodu i mżawki błyskawicznie przewaliła się przez cały dworzec. Mgła odcięła wszystko to, co było teraz bez znaczenia. Była tylko ona i Bruno&#8230; był jeszcze dworzec i pociąg. Nagle czas się zatrzymał, wszystko wokół się zatrzymało, jakby po wciśnięciu czarodziejskiego przycisku „stop” albo „pauza” — i życie na chwilę zamarło. Tylko ona, pociąg i oni mogą się poruszać w tej chwilowej czasoprzestrzeni. Postanowiła zrobić to teraz. Szybko, po cichu. Tak by nikt nie widział. We mgle. W chwili, kiedy czas się zatrzymał i się teraz nie rejestruje.<BR><br />
<BR><br />
„Tak, zrób to teraz — usłyszała — teraz, na torach, na tym dworcu, przy garażach. Tam, gdzie prawie nikt nie widzi. Tak, jak w snach, które ciągle widzisz, teraz. Zanim czas znowu ruszy w swój szaleńczy pęd ku przyszłości, sprawy już nie będzie. Za chwilę, nie będzie istniała. Nie będzie istniała zupełnie. Bez zbędnych emocji, bez wyboru, obojętnie — w końcu i tak to nieważne, bez hałasu, niczym ostrze losu. Zrób to. Tak, by zabić.”<BR><br />
<BR><br />
Poczuła w sobie siłę i zupełnie zapomniała, że wciąż go kocha. Nagle wybiegła ze swojej kryjówki i po ułamku sekundy była już przy nich. Krew pulsowała w jej głowie, rozsadzała czaszkę. Jak gepard, dziki i niebezpieczny, szalony ruszyła ku nim. Wraz z hukiem wtaczającego się na dworzec opasłego cielska lokomotywy jak błyskawica runęła na nich i pchnęła niczego nieświadomego mężczyznę wprost pod nadjeżdżającego kolosa. Obiema małymi dłońmi z rozwartymi palcami uderzyła w plecy. I, by także nie stać się ofiarą, równocześnie odbiła się od nich, po czym stanęła twardo na kamiennych płytach peronu. Mężczyzna, zupełnie zaskoczony, natychmiast stracił równowagę, upadając w dół pod krawędzią peronu. W powietrzu wykonał jeszcze niepełny obrót i odwrócił się — zabójczyni ukazała się ostatni raz jego twarz. Patrzyła, jak marnieje i więdnie. Twarz wciąż jeszcze żywej ofiary jej afektu, w chwili, kiedy upadał bokiem na tory. W dokładnie tej samej, tragicznej chwili, jej wzrok uchwycił jeszcze ostatni gest w jego życiu. Przed jej oczami przesunął się nadgarstek z zegarkiem. Tak doskonale znała go, i mimo narkotyczno-alkoholowego afektu teraz go poznała. W ułamku następnej sekundy zobaczyła, jak na leżące na torach ciało wjeżdża rozpędzona lokomotywa. Do jej otępiałej świadomości dotarła ta myśl — „zabiłam go”.<BR><br />
<BR><br />
Nagle wszędzie eksplodował jasnopurpurowo-krwistoczerwony kolor i wszystkie odgłosy dworca zlały się w jeden ciągły cichy, jednostajny dźwięk. Krew była wszędzie wokół niej. Na niej. Na rękach, twarzy, we włosach, zlepiając je w ciężkie strąki. Przylepiające się do skóry i ciążące jak cierniowa korona. Czuła smak krwi na wargach i ustach. Czuła, jak miesza się z jej śliną i jak płynie po jej brodzie. Czuła przerażający ciepły, zapach zbrodni. Krew i jej krwisty kolor były niczym rzeka płynąca wraz pociągiem. Lawą z potrzaskanej czaszki, trzewi, kończyn i płuc. Nagle jej ciałem szarpnął dziki spazm, wygięła się w nienaturalnej pozie i równie nienaturalny wrzask wydobył się z jej wnętrza, mieszając się z odgłosem zatrzymującego się składu, jak podczas erupcji z wulkanicznego krateru. Dokonało się. Tak, jak chciał los, wybierając swoim ostrzem przeznaczenie, którego uniknąć się nam da, oszukując nawet miłością, zemstą, zdradą czy namiętnością.<BR><br />
<BR><br />
<b>Tak właśnie miał zginąć Bruno, którego historię, jeśli zechcesz, opowiem Ci teraz.</b><BR><br />
<BR><br />
Był to pierwszy rozdział powieści pt. <a href="http://www.wydawca.net/jeszcze-jeden-dzien.htm" target="_blank"><b>Jeszcze jeden dzień w raju </a> </b><br />
<BR><br />
<span style="color: #85807E"><br />
&#8211; <BR><br />
   Aleksander Sowa<BR><br />
&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;-<BR><br />
<a target="_blank" href="http://www.wydawca.net">www.wydawca.net</a><BR><BR><br />
Artykuł pochodzi z serwisu <a href="http://artelis.pl/art-5593,23,128,Tworczosc,Jeszcze_jeden_dzien_w_raju__pierwszy_rozdzial_niezwyklej_powiesci_.html">www.Artelis.pl</a><br />
</span></p>
<img src="http://www.wlasnalegenda.pl/?ak_action=api_record_view&id=211&type=feed" alt="" />]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.wlasnalegenda.pl/211/jeszcze-jeden-dzien-w-raju-pierwszy-rozdzial-niezwyklej-powiesci/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>1</slash:comments>
		</item>
	</channel>
</rss>

